KriSu

AUTOR.

I - Nie moje urodziny

Wieczór. Zatłoczony klub z serii średniopółkowych. W stolicach świata by nie zaistniał, ale w betonowej dziurze, w której mieszkam, jest ich wiele. Siedzę przy ciasnym stole, zastawionym seryjnie produkowaną sałatką gyros, boczkiem w panierce, smażonym we frytkownicy i szklankami paluszków, ktoś co chwilę nalewa do kieliszków, wypijam za kolejne zdrowie jubilatki i za jej pomyślność. Potem bez słowa tłumaczeń odwracam tanie szkło do góry dnem. Wódka jest zamrożona niczym ciekły azot i smakuje jak tani bimber. Nie ratuje jej nawet markowa etykieta. Siwy wypytuje jakiegoś gościa o problemy ekonomiczne naszej ojczyzny, które ostatnio stały mu się bardzo bliskie, sam nie wiem czemu. Z drugiej strony dobiega mnie rozmowa o jakości dzisiejszych skrzyń biegów i smart-domów, Raisa siedzi z Dzikiem, kleją się do siebie, choć ich usta się nie dotykają nawet na sekundę, Jubilatka i jej najlepsze przyjaciółki też zajęte rozmową. Co ja tu robię? Dlaczego tu jestem i jak się tu znalazłem? Siedzę skazany na słuchanie muzyki włączanej przez podrzędnego DJ-a, opierającego się na wybieraniu najgorszych ochłapów popu, podbitych bitem numer trzy. Nawet gdybym bardziej aktywnie pił, brakłoby alkoholu na barze, żeby mnie to nie mdliło. Czas mija. Dzik rzuca głupim żartem, zrozumiałym tylko dla fana jego ukochanego klubu. Jest hoolsem, a raczej jednym z liderów hoolsów, lokalnej gwiazdy piłki kopanej. Bejsbol w bagażniku i żyleta na każdym meczu. Poza tym szef działu cięcia w fabryce gumowych rurek. W każdym razie tak siebie nazywa. Jest tu jako facet Raisy. I tylko dlatego. Głośny, krzyczący i co chwilę chwalący się tym, czego dokonał waląc kijem na ustawkach. Ręka jak moje uda, włosy na pazia, wygładzone żelem. − A ty co sądzisz o tej nowej ustawie? − pyta człowiek, który godzinę temu mi się przedstawiał, ale i tak nie pamiętam jego imienia. Pewnie gospodyni prosiła, żeby zagadał do mnie, jakbym się nudził. − Sądzę, że państwo decydujące o moralności obywateli i narzucające jeden model myślenia to neo makiawelizm, utwierdzający ludzi w zgodzie na bezmózgą akceptację swojej bezrefleksyjności − odpowiadam i patrzę w jego oczy, kiedy jego mózg szuka internetowego argumentu na moją wypowiedź. Zrozumiał ją? − Sorry wychodzę na fajkę, jak wrócę, to chętnie skończę temat − uśmiecham się najmniej sztucznie, jak tylko potrafię, żeby ukryć już nie pierwsze kłamstwo tego wieczoru i idę do palarni. Przechodzę obok ochroniarza wielkości szafy w koszulce ONR-u, który po raz kolejny obserwuje moje długie włosy. Mam dobre buty, jeansy i koszulę, ale nie ubrałem ich dla jubilatki czy nawet Raisy. Ubrane mam je dla tego koksa na wejściu, bo w glanach i bluzie by mnie nie wpuścił, kolejne kłamstwo. Połowa ludzi tu, szczególnie facetów wolałaby dres i adidasy, ale żeby przejść przez bramkę muszą się przeistoczyć w elegantów, wyciągających koszulę z szafy. Stoję w ciasnej palarni w przejściu do toalety. Obserwuję kolekcję czarnych mini spódnic, obowiązkowych na tyłku trzech czwartych gości. Marzę, żeby dyskretnie wyjąć słuchawki i przestać dopuszczać do siebie ten łomot z didżejki. Żeby ten cały klub zniknął, żeby ci ludzie zginęli. Przez otwarte drzwi widzę gościa przy pisuarze, który jedną ręką trzyma telefon, a drugą piwo. Nawet nie próbuje trafiać do muszli. Bogowie, gdzie ja jestem? Podłoga przypomina bagno z błota, piwa, piachu z butów i moczu. Żałuję, że glany musiały zostać w domu. Zaciągam się głęboko, staram się nie słuchać krzyczących rozmów i trudnych spraw życiowych, które za nimi idą. Kolejny paker podrywa pijaną do imentu laskę. Kolejna laska jest zdradzana przez jakiegoś pakera, a jej koleżanka właśnie się o tym dowiaduje. Inne facet nawalony jak stodoła po żniwach właśnie obija się o mnie i ląduje pijany na ziemi, tłukąc pukiel piwa. Wielki skinhead z ochrony wynosi go z knajpy, zapewne pożegna go butem na koniec. Co ja tu robię?

spis treści

Design By UiPasta